Księża pukając do drzwi nigdy nie wiedzą czy zostaną chętnie przyjęci, czy usłyszą przykrą odmowę. Bywa, że lokatorzy udają, że nie ma nikogo w domu i drzwi nie otwierają.

 

Żeby uniknąć przykrych niespodzianek i nie być nieproszonym gościem, księża w przeddzień kolędy wysyłają ministranta z zapowiedzią wizyty. Zbiera on od lokatorów deklaracje, kto życzy sobie wizyty duszpasterskiej, a kto nie. Odpowiedzi bywają różne. Z roku na rok wzrasta liczba tych odmownych.

 

- Na 40 mieszkań przyjmują mnie w 14. Obserwuję, że z roku na rok co raz mniej wiernych życzy sobie księdza po kolędzie. Bywa, że w całym bloku przyjmują mnie tylko 4 rodziny - mówi ks. Paweł, wikary jednej z białostockich parafii.

 

Białostoczanie nie wpuszczają do domu księdza z różnych przyczyn. Jedni uważają to za stratę czasu, a inni obawiają się pouczenia i krytyki.

 

- Jestem wierząca, chodzę do kościoła, ale księdza po kolędzie nie przyjmuję. Mieszkam z chłopakiem bez ślubu, a przy księdzu to dosyć krępująca sytuacja - mówi Beata, studentka z Białegostoku.

 

Inaczej sytuacja wygląda w mniejszych miejscowościach. Tam, czy się chodzi do kościoła czy nie, księdza się przyjmuje. Z szacunku dla pozycji społecznej i dlatego, że nie wypada inaczej.

 

- Gdy byłem wikarym w Czarnej Białostockiej, to właściwie każdy przyjmował księdza. Nawet prawosławni. Tam to było normalne. Ludzie wyznawali zasadę, że księdzu drzwi zamknąć nie wypada - mówi wikary jednej z białostockich parafii.

 

Miekszkańcy większych miast czują się bardziej anonimowi. Pozwala im to na większą śmiałość w wyrażaniu swoich przekonań, gdyż nie czują nad sobą presji: a co ludzie powiedzą.